Wracam z weekendu po szkole ustawień systemowych. Z warsztatów biznesowych, które… wcale nie były tylko o biznesie. Były o tym, jak bardzo chcemy przynależeć. Jak bardzo chcemy być „kogoś”. Jak bardzo nawet jako dorośli ludzie nadal chcemy, żeby ktoś nas zobaczył, uznał, pochwalił. I jak często robimy to kosztem siebie.
W ustawieniach bardzo wyraźnie widać jedną rzecz: człowiek zrobi bardzo dużo, żeby nadal przynależeć do swojego systemu rodzinnego. Nawet jeśli oznacza to: życie nie swoim życiem, wybory, które nie są jego, tłumienie tego, co naprawdę czuje, bo gdzieś głęboko jest przekonanie:
„Jeśli będę sobą… mogę stracić miłość.”
I wtedy zaczyna się coś, co z zewnątrz wygląda jak „normalne życie”. Studia, praca, relacje. Wszystko się zgadza. Tylko w środku… coś się nie zgadza od lat. Pod złością jest tęsknota. Wiele osób przychodzi do mnie z ogromną złością do rodziców. Ale kiedy zaczynamy to rozkładać… bardzo często pod tą złością jest coś zupełnie innego: tęsknota, niewypowiedziane słowa, smutek, brak przytulenia, brak „jestem z Ciebie dumna”.
Czasem rodzica już nie ma. A my nadal żyjemy tak, jakby miał za chwilę wejść do pokoju i ocenić nasz wybór. „Co mama by powiedziała?” To jedno zdanie wraca na sesjach bardzo często. Nie: „czy ja tego chcę?” Nie: „czy to jest moje?” Tylko:
„Co mama by powiedziała?”
Nawet jeśli mama nie żyje od lat. To pokazuje, jak silna jest lojalność. Jak bardzo jesteśmy w stanie zatrzymać siebie, żeby nadal być „dobrą córką”.
A potem robimy to samo naszym dzieciom. I tu pojawia się drugi moment, który mnie uderzył. My jako rodzice naprawdę chcemy dobrze. Naprawdę się staramy. Naprawdę się poświęcamy. Wożenie na zajęcia. Treningi. Korepetycje. Plan dnia wypełniony do granic. I mówimy: „Robię to dla niego.” Tylko bardzo rzadko zadajemy jedno pytanie:
„Czego Ty naprawdę chcesz synu, córko?”
Więc pytanie brzmi czy ja w końcu mam dziecko czy dowożę projekt? Kiedyś dzieci miały więcej przestrzeni na bycie dzieckiem. Na nudę, na relacje, na odkrywanie siebie. Dzisiaj coraz częściej są projektem: mają być dobre mają być zdolne mają „coś osiągnąć” I bardzo często nieświadomie realizują to, czego my nie zdążyliśmy. Bo łatwiej jest poprowadzić dziecko w „bezpieczną” ścieżkę, niż pozwolić mu się zgubić i szukać własnej.
A potem mają 40, 50 lat… I przychodzą do mnie kobiety, które mówią: „Wszystko mam. A czuję, że to nie moje życie.” Zmieniają zawód. Zaczynają od nowa. Uczą się siebie pierwszy raz. I bardzo często mówią jedno:
„Ja zawsze czułam, że to nie jest moje…
ale bałam się.” Nie braku odwagi. Nie braku możliwości. Bały się stracić przynależność.
Ja też długo żyłam w zgodzie z tym, co „powinnam”. Z wyborami, które były bezpieczne. Z życiem, które było akceptowalne. Dzisiaj mam prawie 50 lat i dopiero teraz naprawdę zaczynam iść za sobą. Nie dlatego, że wcześniej nie mogłam. Tylko dlatego, że dopiero teraz jestem gotowa postawić granicę. I powiedzieć: to jest moje.
Jeśli jesteś rodzicem zatrzymaj się na chwilę. I zobacz: czy to, co wybierasz dla swojego dziecka… jest naprawdę jego? Czy Twoje dziecko będzie za 30 lat wdzięczne za tę drogę… czy będzie miało odwagę ją zmienić dopiero wtedy?